powrót
artykuł z "Tygodnika Powszechnego"

Z kurzem krwi bratniej.



STANISŁAW STOMMA

Bohaterstwo pozostaje bohaterstwem, niezależnie, jak zostało użyte. Doświadczenia historii narodowej nauczyły nas rozróżniać subiektywną wartość postawy i sens polityczny wydarzeń. Dlatego pisząc o powstaniu 1863 roku, zacząć chcę od słów: ,,Krwi ofiarnej cześć".

"Krwi ofiarnej cześć" - taki tytuł nosi jedna z laurkowych publikacji poświęconych legionom Piłsudskiego. Autorem jej był wielki admirator postaci Józefa Piłsudskiego i jego historycznego dzieła, mianowicie ks. biskup Bandurski, sam ongi kapelan I Brygady. Gdy chodzi o słowa tutaj zacytowane, na takie uczczenie zgodzić się mógłby także i przeciwnik polityczny Piłsudskiego.
Bohaterstwo pozostaje bohaterstwem, ma wartość samo w sobie, niezależnie, jak zostało użyte. Bolesne doświadczenia historii narodowej nauczyły nas rozróżniać subiektywną wartość postawy oraz sens polityczny wydarzeń. Sama konieczność takiego rozróżnienia już kryje w sobie sens tragiczny, mówi, że nie zawsze ofiara była sensowna i celowa. I już nie jeden jest taki epizod historyczny, w którym czcimy krew ofiarną, wypowiadając dezaprobatę decyzji politycznej.
Przechodząc do meritum, zacznę od postawienia pytania: czy istniała jakakolwiek - choćby najmniejsza - szansa sukcesu powstania?

Cień niezauważonego

Pytanie to właściwie już przesądza sprawę. Trudno na ogół apoteozować decyzję walki, jeśli nie ma żadnych szans zwycięstwa, jeśli nie ma, nawet minimalnej, możliwości sukcesu. Otóż stwierdzić można z całkowitą, kategoryczną pewnością, że żadnej szansy powodzenia nie było. Stwierdzamy to dziś ex post z całą oczywistością, ale wniosek taki także dla współczesnych, także przed tragiczną decyzją z roku 1863, musiał się narzucać.

Rzecz w tym, że jakaś sformułowana argumentacja rozumowa za powstaniem jest nadzwyczaj uboga i to jest bardzo znamienne. Można chyba stwierdzić bezspornie, że uformowanej koncepcji politycznej nie było. Szukając argumentacji, sięgnąć trzeba do sławnej mowy Stefana Bobrowskiego wygłoszonej na zebraniu konspiracyjnym w dniu 3 stycznia 1863. Dokument to dość lakoniczny.

Historycy słusznie piętnują lekkomyślność decyzji różnych ,,gabinetów", które decydowały o wojnie i pokoju. Ale ,,gabinety" te były jakoś oficjalnie uformowane, zafiksowane w systemie państwowym i ponosiły odpowiedzialność wobec narodów. W danym zaś wypadku decyzję o kolosalnych konsekwencjach ferowała grupka anonimowa, nikomu nieznana, przez nikogo nie powołana. Grupka, która samą siebie kreowała najpierw Komitetem Centralnym, później Rządem Narodowym. Przy tym, po proklamowaniu Rządu Narodowego, skład jego wciąż się zmieniał. Jedni przychodzili, inni odchodzili. Był nawet zamach stanu. Stałym elementem była tylko... pieczątka. Sławna pieczęć Rządu Narodowego.

W dniu 3 stycznia 1863, gdy zapadła decyzja o powstaniu, w zebraniu konspiracyjnym uczestniczyli: Oskar Awejde, Agaton Giller, Jan Maykowski, Józef Janowski, ks. Karol Mikoszewski, Zygmunt Padlewski, Stefan Bobrowski.

O dwóch ostatnich mówić będziemy przy końcu. Tutaj tylko konieczne przypomnienie historyczne, aby uświadomić, jak przypadkowa była to decyzja. Otóż Agaton Giller - wtyczka białych w konspirację - głosował przeciw. Maykowski głosował za, ale na następnym posiedzeniu już się załamał i uważał powstanie za nieszczęście. Proponował walki nie rozpoczynać, a poprzestać na tym, że się zamorduje Wielopolskiego (projekt wymowny, gdy chodzi o stronę moralną!). Ostatecznie, gromiony przez Padlewskiego, uległ.

Pozostają więc głosy pięciu ludzi. Spośród nich dwóch ostro osądziła i potępiła niebawem opinia narodowa. To Awejde i ks. Karol Mikoszewski. Awejde, który stale prowadził dziwną, dwuznaczną grę, uwięziony w cytadeli załamał się i ,,sypał" bez skrupułów. Gdy chodzi o ks. Mikoszewskiego, to najprzychylniejsza czerwonym histografia oceniła go jako awanturnika, bez charakteru i bez godności. Naprawdę do powstania parli Zygmunt Padlewski i Stefan Bobrowski, obaj młodzi, zdolni, zapaleni, przekonani o słuszności sprawy. Ale też obaj zginąć mieli niebawem śmiercią tragiczną na skutek własnej zdumiewającej lekkomyślności. Tak wyglądała decyzja powzięta za naród, dla narodu i przesądzająca jego losy.

Nas w tej chwili zajmuje pytanie: czy istniała jakakolwiek szansa sukcesu? Nie mamy pewności, co na ten temat myślał np. ks. Mikoszewski. Z przemówienia Stefana Bobrowskiego wynika, że on przynajmniej nie miał dużych złudzeń co do możliwości sukcesu. Prawdziwe motywy jego decyzji postaramy się zrozumieć poniżej. Tutaj, gdy chodzi o ocenę szans, ważne jest jedno stwierdzenie. Rozumowanie czerwonych cechuje zawsze dziwna prostolinijność. Jest ono jakby abstrakcyjne. Jakby się rzeczy dziać miały poza realnymi wymiarami rzeczywistości. Rozumowanie uwzględnia dwa czynniki: Polska - Rosja, tak jakby poza tym była próżnia.

Przebija to też w rozumowaniu Stefana Bobrowskiego, w jego decydującej mowie za powstaniem. Pominięty zostaje czynnik trzeci, tak jakby w ogóle nie istniał. Tymczasem był to właśnie czynnik decydujący.

Można obrazowo powiedzieć, że na ówczesne Królestwo Polskie, powstające przeciw Rosji, padał cień nowego władcy Prus, Bismarcka. Tymczasem w Polsce cień ten jakby był niedostrzegany. Czerwoni w ogóle się z tym czynnikiem nie liczą, tak jakby za zachodnią granicą ,,Kongresówki" rozciągał się ocean. Tymczasem właśnie ten cień był największą realnością owej chwili historycznej. On był prawdziwym fatum dziejów polskich.

Oczywiście, grupy powstańcze zbrojne w kosy i dubeltówki nie mogły liczyć - realnie patrząc - że mogą wygrać walkę z regularną, dobrze uzbrojoną armią carską. Ale zróbmy założenie, że... Powiedzmy, że w chwili decyzji można było żywić jakieś takie nadzieje. Powiedzmy, licząc na naciski Zachodu, rozprzężenie w Rosji itd. Otóż takie rachuby mogłyby się spełnić tylko w wypadku, gdyby za zachodnią ścianą Królestwa była próżnia. Ale za nią były Prusy Bismarcka i to przekreślało wszelką, literalnie wszelką, nadzieję powodzenia.

Stanowisko Bismarcka wobec powstania było z góry jasno określone. Bismarck z całej duszy pragnął powstania. Przywitał je z wielką radością. Wiedział, że otwiera ono możność odnowienia aliansu z Rosją przeciw Polsce i zarazem storpedowanie porozumienia francusko-rosyjskiego. Od pierwszej chwili zaofiarował Rosji pomoc, która nie została jednak przez Petersburg przyjęta. Tylko z powodu niechętnego stanowiska Rosjan wojska pruskie nie wtargnęły do Królestwa. Jednak w wypadku powodzenia powstania Bismarck był zdecydowany interweniować zbrojnie, nawet wbrew opinii rządu carskiego.

Wojska pruskie były koncentrowane nad granicą i w wypadku niepowodzeń rosyjskich interwencja była sprawą przesądzoną. Powstanie zaktualizowało w Berlinie na nowo tzw. koncepcję Knesebecka. Ten polityk pruski już w początkach XIX w. domagał się dla Prus granicy Niemen-Narew-Wisła. Powstanie ożywiło tę koncepcję. Na dworze pruskim zaczęto znów rozważać program granicy Knesebecka.

A zatem sukces powstania w walce z Rosjanami oznaczałby zbrojną interwencję Prus. Nie ma zaś i nie było takiego fantasty, który by mógł twierdzić, że partyzantka powstańcza mogłaby pokonać i armię rosyjską, i znakomitą, najlepszą w Europie armię pruską. W ,,najlepszym' więc wypadku powstanie mogło przynieść jedną tylko zmianę, a mianowicie - na miejsce zaboru rosyjskiego dać zabór pruski. Czy rzeczywiście byłaby to zmiana na lepsze? Tu właśnie dotykamy drugiego pytania.

Kompleks silniejszy niż życie

W okresie zaborów hodowaliśmy w sobie jeden kompleks. Kompleks ten prowadził od klęski do klęski i w płaszczyźnie logiki historycznej nie był uzasadniony, a jednak kompleks ten wciąż dominował. Był to kompleks antyrosyjski.

Trzeba bowiem zwrócić uwagę na fakt, że nasze walki narodowe i ,,czyny zbrojne" zwracały się z reguły przeciw Rosji, niemal wyłącznie przeciw Rosji. Uderzająca jest dysproporcja pomiędzy zaangażowaniem się narodu w walkę przeciw Rosji i przeciw dwom innym zaborcom. Przeciwko władztwu pruskiemu walczyli Polacy zbrojnie na przestrzeni XIX w. tylko raz (nie licząc specyficznego w swym charakterze wystąpienia w r. 1806/7), w okresie Wiosny Ludów, gdy całe Niemcy ogarnął paroksyzm rewolucji. Nie przybrało to więc charakteru odrębnej wojny polsko-pruskiej. Natomiast powstania narodowe na wielką skalę kierowały się wyłącznie przeciw Rosji.

Na tę okoliczność zwracam uwagę wielbicieli powstań, bo ma ona duże znaczenie dla wytłumaczenia ich prawdziwej genezy. Mamy do czynienia z ustawieniem walki konspiracyjnej i odruchów zbrojnych w jednym tylko kierunku. Uparcie antyrosyjski kierunek jest tym dziwniejszy, że właśnie fakty historyczne powinny by skłaniać do traktowania Rosji jako zaborcy najmniej wrogiego.

Przypomnijmy bowiem fakty:

a)
w latach 1795 i 1815 Rosja zaanektowała te ziemie wschodnie dawnej Rzeczypospolitej, które etnicznie nie były polskie,

b)
w okresie zaborów (do roku 1863) właśnie ze strony rosyjskiej były robione próby dogadania się z Polakami drogą ustępstw i kompromisów.

Te kompromisy i ustępstwa uznać można za niedostateczne. To rzecz inna. Niemniej dwaj inni zaborcy (do roku 1863) prób takich nie czynili. To jedno więc powinno by usposobić lepiej do Rosji niż do Prus, a także do Austrii (przed 1868). Tymczasem było odwrotnie.

Pierwsza próba ugody robiona była przez Rosję w latach 1801-1812. Druga w okresie Kongresu Wiedeńskiego i Królestwa Kongresowego. Trzecia w przeddzień powstania styczniowego 1860-1863.

Plany polskie cara Aleksandra I uznać można za marzycielstwo. Jeśli uznamy je za nierealne, to jednak miały one swoją konkretyzację w postaci propolskiej polityki na ziemiach b. Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jest faktem, że już po rozbiorach, pod berłem Aleksandra I, następuje wspaniały rozkwit kultury polskiej na ziemiach b. Księstwa Litewskiego. Uniwersytet Wileński przeżywa swój złoty okres, rozkwita Liceum Krzemienieckie. Rzecz paradoksalna, właśnie w tym czasie szybko utwierdza się polskość na tym terenie. Kurs ten utrzymuje się także po roku 1812, po wyparciu Napoleona, pomimo że szlachta polska tych ziem przeszła zdecydowanie na stronę Francuzów.

Prawda, już pod koniec panowania Aleksandra I zachodzą zmiany na gorsze. Na widowni zjawia się Nowosilcow, zaczynają się jątrzące szykany policyjne. Niemniej do roku 1830 sytuacja polskości nawet za Niemnem i Bugiem - nie mówiąc już o Królestwie - jest znacznie lepsza niż podówczas w Prusach i Austrii.

Nie zapominajmy też, że na Kongresie Wiedeńskim tylko jeden Aleksander I broni sprawy polskiej, tylko rząd rosyjski stawia postulat niepodległego państwa polskiego. Przeciw są wszyscy inni partnerzy główni Kongresu: Anglia, Prusy, Austria, także Talleyrand. Rezultatem planów Aleksandra I staje się zredukowana koncepcja państwa polskiego: Królestwo Polskie powiązane unią dynastyczną z Rosją.

Ta kadłubowa i ograniczona niepodległość nie mogła narodu polskiego zadowolić. Niemniej ocalenie nawet tak zredukowanej państwowości polskiej było w Wiedniu wyłącznie zasługą polityki rosyjskiej.

Powtarzam raz jeszcze: nie można się dziwić, że nie zaspokajało to polskich aspiracji. Niemniej fakt zostaje faktem, że tylko jeden zaborca robił próbę jakiegoś kompromisu z Polakami, nie chciał całkowitego wymazania państwa naszego z mapy świata. Logicznie więc można by oczekiwać, że, w każdym razie, stosunki z Rosją powinny by się lepiej układać niż z dwoma innymi zaborcami. Było zaś akurat odwrotnie. Do roku 1830 mamy w Królestwie Polskim państewko o mocno ograniczonej suwerenności, ale - bądź co bądź - własny aparat państwowy, natomiast w Prusach i Austrii uciski i eksterminację. Mimo to podjęta zostaje walka z Rosją, a nie przeciw Prusom lub Austrii.

Kolejną próbę ugody robi Aleksander II. Są to reformy lat 1860-1863. Reformy dające dość znaczne koncesje żywiołowi polskiemu, robione jednak powściągliwie, bez postawienia - przynajmniej na razie - problemu odrębnej państwowości. Jak daleko ówczesny rząd rosyjski skłonny był iść w ustępstwach? Trudno dać dzisiaj na to odpowiedź. Józef Feldman twierdzi, że kanclerz Gorczakow skłonny był przywrócić Królestwu Polskiemu stan z roku 1815 albo nawet zgodzić się na zupełne odczepienie Królestwa od Rosji. No, to są tylko hipotezy. W każdym razie w takich warunkach zamiana władzy rosyjskiej na pruską nie była koncepcją słuszną. A przecież taki musiał być efekt powstania w wypadku orężnego powodzenia.

W jednym punkcie wykluczał rząd carski wszelki kompromis, to w sprawie ziem na wschód od Bugu i Niemna. Można tam było domagać się autonomii w osobnych ramach, ale wykluczone były wszelkie projekty włączenia tych ziem do Polski. W ,,Królestwie", tj. do Bugu, można było iść w żądaniach aż do całkowitej niepodległości. Ale ani kroku za Bug.

A właśnie z tej sprawy uczynili czerwoni hasło bojowe. Na plan pierwszy wysuwali nie swobodę w Królestwie, ale właśnie włączenie ziem za Bugiem. W ten sposób ustawiane były demonstracje i ten postulat szczególnie był akcentowany. Taki sens miały wielkie obchody w Horodle, w rocznicę unii z Litwą. Pod tym hasłem usiłowano nawet storpedować wybory samorządowe rozpisane w Królestwie.

Szermując tym hasłem, czerwoni dobrze zdawali sobie sprawę, że przekreśla ono radykalnie wszelką próbę ,,ugody".

Idąc na kompromis, rząd Aleksandra II twardo stawiał postulat granicy na Bugu-Niemnie, a więc granicy w przybliżeniu takiej, jaką na wschodzie mamy obecnie. Czy nie było to do przyjęcia?

Zdaję sobie sprawę, że pytanie to może być odczytane jako demagogiczne. Bo nonsensem jest przenoszenie dzisiejszych pojęć w sytuację zupełnie inną, sto lat wcześniej. Polacy w połowie XIX wieku nie mogli rozumować jak my dzisiaj. Na przestrzeni jednego pokolenia kategorie politycznego rozumowania zmieniają się dość radykalnie, a cóż mówić na przestrzeni 100 lat.

Polacy roku 1863 pojęciowo stanowczo bliżsi byli Polski przedrozbiorowej niż sytuacji obecnej. Znacznie mniejszy przełom myślowy dzielił ich od roku 1795 niż od 1944. Granice z 1772 r. już wtedy były mrzonką, ale koncepcja unii z Litwą była jeszcze żywa. Można zrozumieć, że nie chcieli z niej rezygnować. Nie wykrystalizowała się też jeszcze idea samostanowienia ludności. Ale przyjmując nawet takie założenia, narzuca się proste pytanie: czy należało odrzucać rozwiązanie częściowe? I tu dotykamy sedna sprawy.

W niewoli demonologii

Przeczytałem niedawno książkę prof. [Stefana] Kieniewicza o Andrzeju Zamoyskim ,,Między ugodą i rewolucją". Żadna w życiu książka nie zirytowała mnie tak jak ta. To dogmatyka stosowana, a nawet gorzej - to demonologia.

Prof. Kieniewicz ma dogmatyczne osądy a priori, które mu wyznaczają dwie szufladki. Fakty wrzuca do szufladek bez wnikania w ich sens konkretny. Są u Kieniewicza słowa magiczne i demoniczne. Jedno - to ,,lud" lub ,,wola ludu", drugie - to potworne słowo ,,ugoda".

Wszystko, co się działo na ulicach Warszawy od roku 1861 do 1863, prof. Kieniewicz uważa za ,,wolę ludu" i nawet nie analizuje wypadków, bo w założeniu ,,wola ludu" jest uznana za kwintesencję mądrości, za mądrość nieomylną. Prof. Kieniewicz nie dopuszcza myśli, że przecież na ulicę wychodzić mogą różne elementy. Że rozruchy mogą być wywołane przez ludzi nieobliczalnych, elementy anarchiczne itd. Nie liczy się z tym, że przez lata 1861-1863 przypadkowi ludzie powodowali ruchawki i zajścia, że w dużym stopniu ślepa spontaniczność decydowała o losach narodu. Nie, prof. Kieniewicz apoteozuje wszystko, co było na ulicy, co było rozruchem, uznaje to wszystko zawsze za przejaw nieomylnej ,,woli ludu".

Odwrotnie zaś, każda reforma, każda zmiana wiążąca się z nazwiskiem Wielopolskiego, a mająca zgodę rządu, uznana zostaje za przejaw ,,ugody" i przez samo podciągnięcie pod tą piekielną etykietkę potępiona bezapelacyjnie.

Schemat taki nabiera cech demonologii. Schemat nie do przyjęcia. Bezspornie, Margrabia Wielopolski był konserwatystą, był nim z usposobienia i z tradycji. Ale inklinacje osobiste Wielopolskiego to, pomimo wszystko, problem o znaczeniu wtórnym. Chodzi o instytucje wprowadzane w drodze reform, o nowy status Królestwa Polskiego. Wprowadzane reformy miały swój sens obiektywny i to jest decydujące. Jaki był ten sens? Czy wprowadzane instytucje były z pożytkiem dla narodu? Oto pytanie istotne. Nim się zajmiemy.

Oceniając je, trzeba stanąć w obliczu konkretu, a wyjść z kręgu frazesu. Dylemat ,,lud" czy ,,ugoda" to doktrynerska abstrakcja, to dwa fetysze.

Piemont czy zgliszcza

Prawdziwy dylemat historyczny miał treść konkretną. Chodziło o to, czy społeczeństwo ma wchodzić w nowe warunki, wykorzystując nowe autonomiczne instytucje, czy też ma rozpocząć walkę zbrojną z Rosją bez żadnych absolutnie szans zwycięstwa.

A więc dylemat brzmiał: autonomia lub walka i klęska. To był konkret.

Andrzej Zamoyski, balansujący ciągle między programem reform a konspiracją, szukał rozwiązań pośrednich. Taką pośrednią drogą wydała mu się zasada: ,,brać, a nie kwitować". Znaczyło to konkretnie: wykorzystywać nowe instytucje, wchodzić w nie, jednak bez przyjmowania kompromisu politycznego. Wyjście takie uważa prof. Kieniewicz za nierealne. Zaborcy chodziło o pokwitowanie polityczne i bez tego koncesje musiałyby ustać. Prof. Kieniewicz ma tu zapewne rację. Tylko co to znaczy ,,pokwitować"? Politycznie może różnie wyglądać. Kompromisy polityczne zawiera się na pewien dystans. Oczywiście konieczne było zaniechanie czynnej walki, jaka w formie różnych demonstracji toczona była od 1861 roku. Zaprzestanie też propagandy o zjednoczenie wszystkich ziem polskich lub całkowite zerwanie związku z Rosją. Na dalszą metę nie musiał jednak naród celów swych się wyrzekać. W polityce są zawsze dwie płaszczyzny: polityka bieżąca oraz cele dalekosiężne, można by powiedzieć, ideologia polityczna. Kompromisy dotyczą na ogół bieżących spraw konkretnych, natomiast zasadniczo bardzo trudno jest wymusić kiedykolwiek rezygnację z celów o charakterze ideologicznym.

Tak samo rysowała się sprawa w latach 1860-1863. Chodziło o zaniechanie czynnej walki. Nie przekreślało to dążeń narodowych na dalszą metę. Rysowała się możliwość rozwiązania częściowego, odzyskania co najmniej autonomii Królestwa Polskiego. Pytanie więc było bardzo konkretne: czy przyjąć rozwiązanie częściowe. Oto cały sens ówczesnej kwestii.

W historii utarły się pewne symboliczne skróty. Słowo ,,Piemont" oznacza rozwiązanie częściowe. Jak wiadomo, Włosi realizowali zjednoczenie Italii na raty. Pierwszym etapem było opanowanie władzy w Piemoncie przez obóz walczący o zjednoczenie. Stąd ów symbol.

Dla Polski w latach 1860-1863 rysowała się możliwość kombinacji ,,Piemont". Można było uzyskać swobodę życia narodowego na jednym kawałku ziemi, w tzw. Kongresówce. Ściśle więc biorąc, dylemat brzmiał: "Piemont polski" czy walka z takimi widokami sukcesu, jakie realnie istniały. Nie ma więc demagogii, gdy formułujemy dylemat: Piemont lub zgliszcza. Stawiam pytanie proste i konkretne: dlaczego ,,Piemont polski" w Kongresówce miałby być wtedy nie do przyjęcia? Na to pytanie trudno dać odpowiedź przekonywającą. Na ogół biorąc, argumentacja obrońców powstania idzie w dwóch kierunkach. Raz, że rozwiązanie częściowe i bardzo niedostateczne, dwa, że reformy Wielopolskiego przychodziły w konserwatywnym uwikłaniu społecznym. Oba twierdzenia prawdziwe, ale nie uzasadniające odrzucenia rozwiązania częściowego.

Podkreśliłem już parokrotnie, że rozwiązanie było fragmentaryczne i nie zaspokajające aspiracji narodowych. Mówimy ,,Piemont". A ,,Piemont" to siłą rzeczy rozwiązanie częściowe.

Argument drugi - społecznie konserwatywny charakter reform jest dziś wybijany na czoło i ma stanowić dostateczne uzasadnienie powstańczej decyzji czerwonych. Otóż argumentacja ta operuje wielkim repertuarem uproszczeń.

Stwierdziliśmy powyżej - oceniając postawę czerwonych - że nie można wybiegać poza ówczesną epokę i przerzucać w tamte warunki naszych kategorii myślowych. W latach 1860-1863 mocno były jeszcze zakorzenione pojęcia feudalne, rozwijał się stopniowo kapitalizm, panowała klasowa struktura społeczna. Tak było w całej Europie. Wszędzie urządzenia społeczno-polityczne nosiły charakter klasowy. Ruch socjalistyczny dopiero się zaczynał i nigdzie nie osiągnął sukcesu.

Reformy realizowane w Królestwie mieściły się rzeczywiście w ramach ówczesnej klasowej struktury społecznej. Np. prawo wyborcze do rad miejskich wiązało się z cenzusem majątkowym. Ale tak było wszędzie w Europie. Nurty postępowe stopniowo tylko wywalczały realizację swoich postulatów. A przecież w Anglii, która była państwem najbardziej w Europie społecznie zaawansowanym, pełne demokratyczne prawo wyborcze dał dopiero Lloyd George. W Prusach o równe prawo głosu w wyborach walczono jeszcze w okresie I wojny światowej, a Galicja aż do końca 1918 nie doczekała się dla swojego Sejmu w pełni demokratycznej ordynacji wyborczej. Cóż więc dziwnego, że reformy z lat 1860-1863 nosiły też piętno ówczesnego systemu społecznego i były nim uwarunkowane.

Tak się złożyło, zresztą nieprzypadkowo, że równolegle ze sprawą zmian w Królestwie dojrzewała też kwestia nowego porządku w Galicji. Zmiany zachodziły stopniowo, ale jako datę rozpoczynającą nowy okres w zaborze austriackim można przyjąć umownie rok 1868. W Królestwie reformy zakończyły się fiaskiem, przekreśliło je powstanie. W Galicji doszło do realizacji dość szerokiej autonomii, która przetrwała aż do odzyskania niepodległości. Dzięki temu w Galicji skupiło się całe polskie życie narodowe na wiele dziesiątków lat. Tylko tam było w rękach polskich szeroko rozbudowane szkolnictwo, tylko tam były dwa polskie uniwersytety i politechnika, kształcące kadry nowej inteligencji polskiej. Istniejąca zaś administracja samorządowa była szkołą dokształcającą kadry przyszłej polskiej ekipy urzędniczej. Wreszcie, dzięki swobodom politycznym, narastał nowy ruch chłopski (Witos, Stapiński) oraz formował się ruch socjalistyczny, zdobywając coraz większe znaczenie polityczne.

Gdy w wyniku I wojny światowej wyłaniać się zaczęło niepodległe państwo polskie i trzeba było nagle sprostać ogromnym zadaniom organizacyjnym, okazało się w całej pełni, jak ogromne znaczenie miało dla Polski te pięćdziesiąt lat swobodnego rozwoju w zaborze austriackim. Czy więc tę autonomię też należało spalić i zniszczyć? Czy i na austriacką ofertę usamodzielnienia Galicji i pewnych ram własnego życia narodowego też trzeba było odpowiedzieć powstaniem?

Prof. Kieniewicz rzuca słowo ,,ugoda". To słowo zabarwione negatywnie wszystko rozstrzyga. Nie wolno było iść na ,,ugodę". Pytam: czy rozwój życia polskiego w strukturze Galicji to też ,,ugoda"? Czy i na tę próbę ,,ugody" trzeba było odpowiedzieć gestem samobójczym? A jeżeli nie, to dlaczego?

Jeżeli zaś nie potępiamy ,,ugody" w zaborze austriackim, dlaczego potępiamy jej próbę w Królestwie? Skąd ta różnica w ocenie? Dlaczego inna miarka jest przykładana?

Uniwersytet Jagielloński lub Uniwersytet we Lwowie uważamy za cenne placówki, ich wkład w kulturę szacujemy bardzo wysoko, pomimo że przez 30 lat rozwijały one pracę swą w ramach państwa Habsburgów. Dlaczegóż więc polska wyższa uczelnia w Warszawie miałaby być czymś niedopuszczalnym? Istnienie jej wymagało takiego tylko ,,kompromisu", jaki miał miejsce w Galicji. Nie mniej i nie więcej. Uderzająca jest ta podwójność ocen. Milczący kompromis z Habsburgami nie został osądzony jako zdrada, natomiast przyjęcie ulg z inicjatywy Rosji miałoby być zdradą i trzeba było ustępstwa te utopić we krwi, aby uniemożliwić ich przyjęcie.

Stwierdzając tę różnicę ocen, sięgamy do sedna sprawy. Ujawnia się właściwy sens powstania. Wytłumaczeniem jest właśnie ów kompleks silniejszy niż życie, kompleks antyrosyjski.

Duch narodu

Przypomniałem na początku, kto decydował o wybuchu powstania. W rzeczywistości byli to dwaj ludzie: Bobrowski i Padlewski.

Zacytuję tu pamiętne słowa Stefana Bobrowskiego.

,,Wywołując powstanie, do którego czynimy przygotowania, spełnimy ten obowiązek w przeświadczeniu, iż dla stłumienia naszego ruchu Rosja nie tylko kraj zniszczy, ale nawet będzie zmuszona wylać rzekę krwi polskiej. Ta zaś rzeka stanie się na długie lata przeszkodą do wszelkiego kompromisu z najeźdźcami naszego kraju, nie przypuszczamy bowiem, aby nawet za pół wieku naród polski puścił tę krew w niepamięć i aby wyciągnął rękę do nieprzyjaciela, który tę rzekę wypełnił krwią polską".

Jasienica autentyczność tych słów kwestionuje. Jeśliby nawet Bobrowski ich nie wypowiedział, to streszczają one dobrze istotny sens programu czerwonych w krytycznych latach przed powstaniem. Nie wysuwano przecież żadnych dezyderatów lub żądań, które mogłyby być dyskutowane. Wbrew też tym czy innymi tendencjom lewicowo-społecznym, które się włączały, nie był to, generalnie biorąc, program rewolucji społecznej. Hasło Polski w granicach z 1772 r. trudno nazwać w ogóle programem w sensie politycznym, tak bardzo wybiegało ono poza ramy realnej rzeczywistości. Można to tylko traktować jako hasło, hasło do walki. Przy tym hasło ,,granic 1772" zwrócone było tylko przeciw Rosji, nie szermowano nim wobec Prus lub Austrii, pomimo że właściwie te dwa państwa dzierżyły w swojej mocy trzon ziem czysto polskich. Tak więc ideą przewodnią czerwonych był bezwarunkowy nakaz walki z Moskalami. Działało jakieś przeświadczenie, może częściowo podświadome, że walka ta jest konieczna dla ocalenia narodu, rzekomo dla ocalenia duszy narodu.

Zresztą, iluż pisarzy później sprawę tę tak właśnie naświetlało. Powstanie miało jakoby ocalić ducha narodu. Działał strach przed jakimś wewnętrznym załamaniem, przed wewnętrzną kapitulacją.

Pogląd taki na powstanie pokutuje do naszych dni. W tej linii rozumowania walka potrzebna była dla walki i koniec. Tę właśnie myśl wyrażają słowa Stefana Bobrowskiego. Całą filozofię czerwonych w nich zawarto. To właśnie jest sekret tragicznych lat 1861-1863.

I znowu narzuca się uparcie paralela. Dlaczego ten, żywiołowy, jakiś mistyczny pęd do walki właśnie z Rosją? Dlaczego ocalenie duszy narodowej nie wymagało walki przeciwko Prusom lub Austrii? Jakoś ,,ugoda" z Austrią nie zdeprawowała w niczym duszy Polaków. Dlaczegóż więc za czystość duszy w zaborze rosyjskim płacić trzeba było hekatombą krwi? Nie ma na to odpowiedzi racjonalnej. Powtarzam: kompleks silniejszy niż życie.

Wytłumaczenie kompleksu antyrosyjskiego nie jest rzeczą prostą. Na dojrzewanie jego wpływały wady i winy caryzmu. Awersję do tego systemu przenoszono w ogóle na Rosję i ,,Moskali". Walki lat 1830-1831 miały ten wynik, o jakim mówią cytowane słowa Bobrowskiego. Rzeka krwi dzieliła. Tak się szło do coraz głębszego impasu. Nasza poezja romantyczna kompleks ten bardzo nasiliła i dała mu aureolę. Ale to temat wymagający osobnych rozważań.

Gorzej niż pożary i zgliszcza

O skutkach powstania mówiono bardzo wiele. Uwidoczniły się one w całej pełni już w lutym 1863. Bismarck czekał na tę chwilę. Skutkiem natychmiastowym była Konwencja Alvenslebena, przywracająca alians prusko-rosyjski, który uprzednio polityka rosyjska już poświęcała. Gorczakow i Aleksander II dążyli do przeobrażenia przymierzy i do zbliżenia z Francją. Właśnie dlatego robiono ustępstwa Polakom. Była to cena dogadania się z Francją.

Powstanie plan ten niweczy i skłania Petersburg do wznowienia sojuszu z Berlinem. Nieudana interwencja Napoleona III na rzecz powstania ostatecznie grzebie koncepcje profrancuskie.

Bismarck za wszelką cenę potrzebował dogadania się z Rosją. Było to konieczne dla urzeczywistnienia jego planów mocarstwowych. Powstanie polskie przynosi spełnienie tych marzeń, Bismarcka sen o potędze może się urzeczywistnić. Powstanie umożliwia Prusom rozgromienie Austrii (1866) oraz pokonanie Francji (1870) i zjednoczenie Niemiec pod egidą Prus. Nie jest to bynajmniej moje subiektywne zdanie. Jest to zgodne twierdzenie plejady historyków.

Józef Feldman pisze: ,,Deską ratunku, której czepiała się dotąd dyplomacja berlińska w obliczu dokonujących się w Kongresówce przeobrażeń, był opór, stawiany pojednawczym zamierzeniom rządu przez obóz Czerwonych. Każda manifestacja przeciwrosyjska społeczeństwa, każdy zryw ruchu rewolucyjnego napełniały Bismarcka i jego podwładnych tajemną nadzieją, że w końcu żywioły ruchu wezmą stanowczo górę i Petersburg przekona się o niemożliwości paktowania z narodem wiecznych burzycieli. Co jednak będzie, jeśli Wielopolski osiągnie zamierzony cel i zdławiwszy siły wywrotowe poprowadzi społeczeństwo ku ugodzie z Rosją? Zniknie wówczas ostatnia przeszkoda na drodze do uzgodnienia interesów francusko-rosyjskich, przed Prusami stanie groźba Polski dobierającej się do granic wschodnich". (J. Feldman, "Bismarck a Polska").

Czytamy jeszcze u Feldmana: ,,Na szlaku półwiekowych zmagań Bismarcka z Polską nie ma drugiego momentu o równie przełomowym, symbolicznym niemal znaczeniu, jak rok 1863. Pierwszy raz przyszło wówczas pruskiemu mężowi stanu zmierzyć się samodzielnie z wielkim zagadnieniem międzynarodowym, od którego rozwiązania zawisnął w tej chwili los Europy, a w szczególności jego własnego państwa. Ze starcia tego wyszedł zwycięzcą. Zawarta przezeń konwencja wojskowa z Rosją, której ostrze zwracało się przeciw powstaniu, okazała się zaczynem wielkości i potęgi nowych Prus, niosących w sobie misję poddania całych Niemiec berłu Hohenzollernów. Wszystko, co miało rozegrać się w najbliższym decydującym okresie po powstaniu: przegrana Austrii, wypchnięcie Habsburgów z Niemiec, związek państw północnych pod egidą Prus, pogrom Francji, uroczysty akt w Sali Zwierciadlanej pałacu Wersalskiego, wiąże się przyczynowo z nową konstelacją międzynarodową, jaką narzucił Bismarck Europie przez układ 6 lutego 1863 roku".

A oto głos innego świadka, bardzo miarodajnego - jest nim kanclerz Rzeszy von Bülow, jeden z następców Bismarcka, wierny kontynuator jego polityki. Bülow stwierdza: ,,Konwencja (Alvenslebena) którą w dniu 6 lutego 1863 zawarł Bismarck z rządem rosyjskim w sprawie wspólnego zwalczania powstania polskiego, stała się dla niego odskocznią dla wszystkich jego późniejszych osiągnięć... Konwencja, która okazała się punktem wyjścia dla zwycięskiego marszu Niemiec, który przez Sadowę i Sedan prowadził do Paryża".

Świadectwo bardzo wymowne. Listę świadków można by przedłużać. To jednak wystarczy. Powstanie spowodowało odnowienie sojuszu prusko-rosyjskiego, przez co stało się możliwe wyrośnięcie światowej potęgi Niemiec. Zarazem konflikt między zaborcami odsunięty o kilkadziesiąt lat i na tyleż spóźnione odzyskanie niepodległości.

"Wielkości, gdzie twoje imię?"

Znany jest odczyt, który swego czasu Józef Piłsudski wygłosił na temat powstania 1863. Stawiał w nim pytanie powyżej cytowane: ,,Wielkości, gdzie twoje imię?". Poszukując wielkości w powstaniu, omawiał kolejno osobistości, które wtedy wyszły na arenę dziejową. I każdej z nich po kolei odmawiał tytułu wielkości.

W jednym wypadku może ocena była zbyt surowa. W zbiorku Orzeszkowej ,,Gloria victis" jest nowelka pt. ,,On". Opisuje tam Orzeszkowa dreszcz wzruszenia, jaki ogarniał ludzi na samo słowo: ,,On". Ów tajemniczy ,,On", człowiek, który już zdobył legendę: Romuald Traugutt.
"Traugutt nie ponosi żadnej odpowiedzialności za polityczną decyzję powstania. Został jego wodzem, gdy już walka ustawała i powstanie chyliło się ku upadkowi. Poszedł na stracony posterunek z zimną determinacją i objąwszy tę tragiczną funkcję, wykazywać zaczął niezwykły talent organizacyjny i wojskowy. Zawsze opanowany, zamknięty w sobie, małomówny, robił wrażenie człowieka zupełnie beznamiętnego. Objąwszy zaś dowodzenie, ujawnił temperament i pasję. ,,Z tego jesiennego nieba zaczęły padać pioruny" - mówi o Traugucie rosyjski biograf powstania Berg. Mówiąc więc o powstaniu, pochylić trzeba głowę na wspomnienie Traugutta.

Paweł Jasienica usiłował dać apoteozę Stefana Bobrowskiego. Był niewątpliwie człowiekiem szlachetnym, inteligentnym, o dużej wiedzy. Jednakże tragiczny koniec tego człowieka ma wielką wymowę. Właściwie to on zadecydował o wybuchu powstania, wziął na siebie tę straszliwą odpowiedzialność. Później, gdy ,,dyktator" Langiewicz wycofał się do Galicji, zaistniała możliwość wygaśnięcia walki. Jeszcze książę Konstanty i Wielopolski byli w Warszawie, jeszcze - być może - dałoby się ocalić nowe instytucje w Królestwie wprowadzone. Powstanie byłoby wtedy aktem zbrojnego protestu przeciw ,,brance". Wtedy Stefan Bobrowski raz tu jeszcze sam zadecydował. Sam jeden - w imieniu Rządu Narodowego - wydał nakaz kontynuowania walki. Raz jeszcze obarczył się straszliwą odpowiedzialnością za dalszą walkę i klęski. I zaraz potem wyjechał w Poznańskie, aby tam w jakimś lesie pojedynkować się z Adamem Grabowskim, znanym awanturnikiem, zabijaką, birbantem. Pojedynek był prawie samobójstwem, bo Bobrowski był krótkowidzem bez żadnej wprawy w strzelaniu, natomiast przeciwnik jego był znakomitym strzelcem, otrzaskanym z pojedynkami. Bobrowski zginął na miejscu. Opinia publiczna potraktowała to słusznie jako morderstwo.

Przejmujący jest tragizm historyczny tej sceny. Bobrowski własną, indywidualną decyzją przedłużył powstanie. Sam jeden kładąc podpis i pieczęć Rządu Narodowego, stał się nową władzą. Podstawił siebie na miejsce Langiewicza, wziął ster w swoje ręce. I w tej sytuacji przyjmuje samobójczy pojedynek z awanturnikiem, opojem. Chodziło o sprawę Rządu Narodowego, ale przecież nawet w ramach tych głupich kodeksów honorowych możliwe było odroczenie pojedynku do końca powstania. Więc patetyczny gest samobójczy. Najpierw niewiara w powodzenie w chwili ogłaszania powstania, potem rzucenie się w przepaść. Gesty bohaterskie, maksymalistyczne i samobójcze, które tak bezlitośnie piętnował Wyspiański w swych tragediach.

Drugim sprawcą powstania był Zygmunt Padlewski, ,,wojewoda płocki". W maju 1863 udaje się na spotkanie nowego oddziałku, aby odebrać defiladę. Trzeba przebyć teren obsadzony przez Kozaków i podróż przedstawia duże niebezpieczeństwo. Ale Padlewski chce na defiladzie paradować w mundurze dowódcy, jak przystało na ,,wojewodę". Dlatego w bryczce, pod siedzeniem, przewozi konfederatkę, mundur, szablę, insygnia. Gdy jadących zatrzymuje patrol kozacki, Padlewski wręcza żołnierzowi banknot 100-rublowy: ,,Masz, odczep się". Gdyby - zauważa Berg - dał rubla, może by Kozak zostawił go w spokoju, ale 100 rubli budzi jego zdumienie i oczywiście podejrzenia. Kontrola bryczki wszystko ujawnia. Parę dni później Padlewski stanął przed plutonem egzekucyjnym.

Roman Dmowski powiedział, że powstanie 1863 narzuciły Polsce dzieci. W chwili zgonu Bobrowski miał lat 22, a Padlewski 28 lat. Ich wiek i gest powiększają tragiczny patos owych straszliwych dni.

Na początku artykułu umieściłem słowa: ,,Krwi ofiarnej cześć". Powtarzam je raz jeszcze, zamykając rozważania. Ale myśląc po stu latach o tym, co się wtedy z Polską stało, nie można poprzestać tylko na tych słowach. Nie można tak spokojnie, tak łagodnie odwracać kart tragicznych. Przebija w nich prawda wymagająca zastanowienia.